10 kwietnia 2010 roku pamiętam doskonale. Jest to jeden z tych dni, który zapamięta się do końca życia. Mimo, że to była sobota wstałem rano i po standardowych czynnościach poszedłem na autobus. Jechałem z domu, z Zakroczymia na UKSW. Nic nie zapowiadało tego co miało nadejść.

Podczas podróży, kiedy przejeżdżaliśmy przez Czosnów, ktoś z pasażerów dostał telefon. W głosie i zadawanych pytaniach było słychać strach – Ale jak to? Kto spadł? Żyją? Wtedy nie wiedziałem o co chodzi. Myślałem, że to jakaś osobista, rodzinna tragedia. Po zakończonej rozmowie człowiek rozmawiający przez telefon powiedział – Prezydent się rozbił! Na całym ciele poczułem dreszcz i strach. Pierwsza reakcja była taka, że również ja zacząłem dzwonić do bliskich i pytać, czy wiedzą, co wiedzą, co mówią w telewizji. Po autobusie niosły się rozmowy, czy żyją, co teraz będzie, to na pewno „ruscy”. W tamtym okresie było zgodnie. Strach o życie Głowy Państwa, Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i osób mu towarzyszących. Obawa o wybuch wojny. Przez moją głowę przechodziło tysiące myśli.

Dojechałem na UKSW. Już przed gmachem spotkałem kilku kolegów. Studentów politologii. Zamiast cześć usłyszałem:

– samolot prezydencki się rozbił. Prawdopodobnie wszyscy zginęli – powiedział jeden z chłopaków. Inny dodał – uczelnia dziś zamknięta, na pokładzie był ks. Prof. Ryszard Rumianek, rektor UKSW.

– Kamil wszędzie to mógł być wypadek, wszędzie. Ale nie w Rosji, nie Smoleńsku, nie koło Katynia. Ruskie na bank w tym maczali palce – podsumował pierwszy. Wtedy przyznałem mu rację. Tak wtedy również myślałem i ja. Tak wtedy myślało mnóstwo ludzi. W pierwszych minutach, godzinach po informacji o katastrofie.

Rozmowa trwała jeszcze godzinę, może dwie. Tego dokładnie nie pamiętam. Rozmawialiśmy o wojnie. Czy jest taka możliwość? Sprawdzaliśmy informację, te potwierdzały, że nikt nie przeżył. W mediach wypowiedzi raczej stonowane, nikt oficjalnie nie mówił na głos tego o czym pomyśleli pasażerowie autobusu na linii Zakroczym – Warszawa Gdańska i kilku studentów politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Zgodnie stwierdziliśmy, że jak trzeba to będziemy się bić o Polskę. W głowie pojawił mi się myśl – jaka szkoda, że nas Bóg nie oszczędził. Znów tylko 20 lat wolnej Polski i znów wojna?

Czas do domu. Podróż autobusem, znów nasłuchiwanie rozmów paserów. Ludzie żyli tragedią jaka dotknęła Polskę. Wtedy wszyscy byli w żałobie. Czy w całej Polsce? Nie wiem. Ale ludzie otaczający mnie bez względu na poglądu. Bez względu na to, na kogo zagłosowali w wyborach w 2005 roku zgodnie zapłakali na tragedią 96 Polskich Patriotów, przywódców wojskowych, politycznych, duchowych, prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nie widziałem podziałów.

Po wyjściu z autobusu do kościoła. Modliłem się, żeby to nie była prawda, że wszyscy zginęli. Modliłem się o Polskę. Żeby nic Jej nie zagrażało, nam nie zagrażało. Żeby to nie był zamach. Wróciłem do domu, wywiesiłem flagę z kirem. W domu rozmowy o tragedii i telewizja. Sprawdzanie kto był na pokładzie. Informacje jakie w mediach się pojawiały ostudziły nieco moje gorące myśli, że to sprawka Rosjan. Wieczorem Tusk przytulał się Putinem. Bardzo mocno tego dnia byłem zmęczony. Modlitwa za poległych w Smoleńsku i spać. Może rano się okaże, że to nieprawda?

Ten tekst jest szczerym i niereżyserowanym zapisem wspomnień. Opisem tego jak wtedy myślałem ja i ludzie mnie otaczający. Myślę, że w dużej mierze odzwierciedleniem tego jakie były pierwsze myśli Polaków. Czy słuszne?  Całe szczęście okazały się na wyrost, Polski temperament? Niestety do dziś nie znamy faktycznej przyczyny tej katastrofy. Zaniedbania rządu Donalda Tuska, niewydanie wraku znacząco się do tego przyczyniają. Czekamy na odpowiedź. 

Kamil Janczarek