W ubiegłym tygodniu mieliśmy okazję się dowiedzieć, że Rafał Trzaskowski zamierza być prezydentem Warszawy przez kolejną kadencję i że nienawidzi warszawskiej prezydentury i chce wyznaczyć następczynię. Te sprzeczne zupełnie wersje dzieli raptem jeden dzień, a także tytuły, dzięki którym je poznaliśmy. Jedna jest oficjalna, druga nieoficjalna, ale obie wbrew pozorom złożyć można w logiczny komunikat – sam Trzaskowski na pewno wie, czego chce, ale raczej nie mówi nam prawdy.

Jestem prezydentem Warszawy i chciałbym nim być przez kolejną kadencję. To moje zobowiązanie wobec warszawiaków. Nie można jednak zapominać, że w zeszłym roku – na pół roku przed kampanią prezydencką – też mówiłem, że zostaję w Warszawie. Czasem – niezwykle rzadko, ale jednak – jest tak, że scenariusz polityczny wymaga zmiany planów” – mówi Rafał Trzaskowski w rozmowie z Grzegorzem Osieckim i Tomaszem Żółciakiem z „Dziennika Gazety Prawnej”. Fragment o zmianie planów wymuszonej przez polityczne scenariusze prowokuje uśmiech, jeśli przypomnieć sobie, w jaki sposób i czyim kosztem Trzaskowski o mały włos nie został kilka miesięcy temu prezydentem Polski.

Lider opozycji

Dziś jego rola w polityce nie jest do końca jasna. Nad jego ruchem społecznym nie ma co kolejny raz się znęcać, wystarczy konkluzja, że jak na razie go nie widać. Nie za bardzo też wiadomo, czy Trzaskowski chce zostać liderem Platformy, czy wystarczy mu rząd dusz nad jej elektoratem pozwalający, póki będzie to dla niego przydatne, firmować na stanowisku jej lidera coraz słabszego Borysa Budkę.

A może prezydent Warszawy cały czas patrzy po prostu wyżej i choć, jak to bywa w jego przypadku z działaniami praktycznymi, nie wyszło mu z powołaniem do życia nowej organizacji politycznej ani nowoczesnego związku zawodowego (a przypominam, że ten drugi pomysł mimo swojej małej wiarygodności wynikającej z liberalizmu Trzaskowskiego miał pewne szanse powodzenia, w planach było bowiem otwarcie się również na tych pracowników, którzy z racji form zatrudnienia nie byli obiektem zainteresowania istniejących ZZ), widzi się w roli lidera całej opozycji?

Wśród obrazków z najnowszych dziejów polskiej polityki, które uparcie wracają do mnie, gdy piszę teksty o opozycji po 2015 r., ważne miejsce zajmuje scena pierwszego wielkiego marszu pod auspicjami Komitetu Obrony Demokracji. Na scenie stoją liderzy różnych ugrupowań, lecz tylko jedna osoba wszystkim dyryguje, decyduje, kto mógł za nim stanąć, a więc dostał koncesję na bycie twarzą przynajmniej drugiego szeregu opozycji; kogo wymienić podczas powitań, a kogo pominąć i zostawić na scenie z niezręcznym uśmiechem (w tej roli wówczas znalazł się Władysław Kosiniak-Kamysz); wreszcie – komu dać do ręki mikrofon. Tą osobą był oczywiście Mateusz Kijowski, w którym przez chwilę, całkiem zresztą długą, widziano jedyną nadzieję i jedynego prawdziwego lidera opozycji, zdolnego do porywania tłumów, więc również – obalania rządów. Jak wiemy, Kijowski cały społeczny entuzjazm roztrwonił, stając się bohaterem kolejnych skandali, uczestnikiem walk frakcyjnych w swoim ruchu, a zarazem żerując na nim bez litości. Do tego doszły niezapłacone alimenty i wystawiane swoim ludziom kosmiczne faktury. Kijowski się skończył, skończył się też, choć formalnie istnieje, czasem organizując nawet spotkania graczy pierwszej ligi, a więc wciąż aspirując do swojej dawnej roli, Komitet Obrony Demokracji.

Wielki plan

Rafał Trzaskowski, widząc się w roli moderatora dyskusji sił opozycyjnych, a zarazem jej najważniejszego uczestnika, namaszczony przez samego siebie na ponadpartyjnego lidera, staje się nowym Mateuszem Kijowskim.

Różnice między politykami są oczywiście znaczące – choć łączy ich miłość własna i poczucie dziejowej misji, ten drugi był równocześnie sprawnym organizatorem, którego zgubiło przede wszystkim to, że organizował wsparcie głównie dla siebie. Z niezłym skutkiem, chętnych do finansowania Kijowskiego, nawet po ujawnieniu całej listy jego nadużyć, nie brakowało.

Trzaskowski z kolei robi mało, ale wciąż wypada w sondażach na tyle dobrze, by uzurpować sobie rolę opozycyjnego demiurga. „Rafał Trzaskowski miał powiedzieć swojemu otoczeniu, że w kolejnych wyborach samorządowych nie zamierza ubiegać się o reelekcję na stanowisku prezydenta Warszawy. Opracował nawet plan, w którym zamiast niego do wyborów stanie warszawska polityk PO” – czytamy we „Wprost”. Niemal równolegle z wywiadem dla „Dziennika” pojawia się więc zupełnie inna wizja teraźniejszości i przyszłości prezydenta stolicy. Co więcej, wydaje się ona bardziej wiarygodna. Trzaskowski wciąż snuje wizje Koalicji 276, przedstawione przez niego kilka tygodni temu po raz pierwszy wspólnie z Borysem Budką. „Mamy kilka partii opozycyjnych o zbliżonym potencjale. Wśród czterech głównych sił opozycyjnych – nas, PSL, Lewicy i Hołowni – każdy ma swoich liderów i to jest całkowicie naturalne. Różnica jest taka, że my jesteśmy partiami demokratycznymi, a po drugiej stronie jest partia quasi-dyktatorska. To całkowicie naturalne, że po stronie opozycji może być kilku liderów. I od tego jest demokracja, żeby nie poprzez sondaże czy badanie popularności, tylko przez kampanię wyborczą wyłonić lidera czy najmocniejszą liderkę. Kogoś, kogo ta partia wskaże jako kandydata na premiera”.

Droga do Belwederu?

Brzmi to oczywiście dobrze, jednak Trzaskowski wierzy prawdopodobnie, że ten casting ma już za sobą, przecież to on, nie Hołownia czy Kosiniak-Kamysz, zmierzył się z Andrzejem Dudą w drugiej turze.
Pominąłem w tej wyliczance Roberta Biedronia, który – jak głosi polityczna plotka – dogadywać ma się po cichu z Trzaskowskim w sprawie bliższej współpracy. Obu panów ideowo dzieli ponoć niewiele. Tymczasem ostatnio dochodzi do wydarzeń, które osłabiają w obu ich koalicjach te frakcje, które sprzeciwiałyby się wzajemnej współpracy. Platforma bardzo ograniczyła niedawnymi decyzjami wpływy swoich konserwatystów, w ostatnich dniach natomiast na lewicy trwa piętnowanie niektórych działaczy partii Razem za rzekomą „transfobię”. Przypadkiem zarzuty te dotykają najbardziej socjalnie zorientowanych działaczy – Adriana Zandberga, a przede wszystkim Macieja Koniecznego, znanego przeciwnika współpracy w opozycji wszystkich ze wszystkimi.

O tym, że warszawski ratusz nie był wymarzonym miejscem widzącego się raczej na europejskich salonach Trzaskowskiego, wiadomo już było, zanim w ogóle w nim się znalazł. Kolejne problemy ze zmianami statusu własnościowego mieszkań, wywozem śmieci, Czajką, nie sprawiły, by miejsce to pokochał. Za mało tu jednak prestiżu, za dużo użerania się z codziennością.

Prezydent Warszawy najwyraźniej widzi się na czele liberalnej fali, która, zmiatając ze sceny wszystkie ugrupowania prosocjalne, od konserwatystów z PiS do lewicy Ikonowiczowskiej, doniesie go do Belwederu. Pytanie, czy widzi go tam również Szymon Hołownia, lecz przede wszystkim, co zmienią nowe propozycje PiS, wśród których nie brak nowych posunięć, oczekiwanych od lat i bardziej liberalnych gospodarczo. Dzięki temu ostatniemu punktowi w najbliższych dniach czeka nas wysyp liberalnych ekspertów, którzy będą tłumaczyli, że państwa nie stać na większą kwotę wolną od podatku. A do kampanii wyborczej, od której wciąż dzielą nas nie miesiące, lecz lata, podobnych przeszkód będzie coraz więcej. Wbrew temu, co sądzi poseł PiS Jan Mosiński, Trzaskowski ewentualną reelekcję w Warszawie ma w kieszeni. Być może na zawsze już utknie z Czajką, śmieciami i tym wszystkim, od czego tak bardzo chciałby uciec.

źródło: niezależna.pl/krzysztof karnkowski